Właśnie dostałam w prezencie cytrynę, zerwaną z drzewa mojego przyjaciela. Pachniała intensywnie, a jej skórka miała kolor tak nasycony, że kiedy położyłam ją na dłoni, przez chwilę miałam wrażenie, jakbym trzymała małe słońce.
Później zrobiłam zdjęcie całemu drzewku. Było obsypane żółtymi owocami i wyglądało zachwycająco. W Polsce taki widok nadal potrafi zatrzymać na dłuższą chwilę.
Patrzyłam na te dojrzałe cytryny i przyszła do mnie pewna refleksja.
Kiedy myślę o dojrzałych owocach, przed oczami pojawiają się truskawki, czereśnie, maliny czy brzoskwinie. Kojarzą się ze słodyczą i miękkością. Tymczasem cytryna również osiąga pełnię swojej dojrzałości. Tyle że jej smak jest intensywnie kwaśny.
I właśnie to mnie zachwyciło.
Dojrzałość ma wiele smaków.
Jedni przypominają czereśnie. Wnoszą lekkość, ciepło i łagodność. Inni są jak cytryny. Wyraziści, intensywni, pełni charakteru. Ich obecność potrafi obudzić, odświeżyć i nadać życiu wyrazistszy smak.
Cytryny dojrzewają pod tym samym słońcem co słodkie owoce. Każda z nich niesie w sobie ogrom wartości. Jedna zachwyca słodyczą, druga świeżością i wyrazistością.
Pomyślałam, że z ludźmi jest podobnie.
Z wiekiem coraz bardziej dojrzewamy do własnej natury. Jedni emanują spokojem i ciepłem. Inni mają odwagę mówić wprost, wyznaczać granice i wnosić do świata energię, która porusza. Każdy z tych smaków ma swoje miejsce.
Coraz bardziej podoba mi się myśl, że mogę być trochę jak cytryna.
Dojrzała. Soczysta. Piękna. Wyrazista.
I właśnie taka wnoszę do świata to, co mam najcenniejszego.
