Miałam ochotę zrobić z synkiem kilka naleśników.
On dzielnie pomagał, tylko… pomylił proporcje.
Zamiast szklanki mleka i szklanki wody wylądowały dwa ogromne kubki wody gazowanej, wielki kubas mleka, mąka, jajka…
Okazało się, że wyprodukowaliśmy taką ilość ciasta, która spokojnie mogłaby wykarmić małą osadę.
Przez chwilę patrzyłam na tę ogromną miskę i zastanawiałam się:
„Co my teraz zrobimy?”
A potem po prostu zaczęłam smażyć od razu na 3 patelniach.
I tak zaczęło się moje… naleśnikowe mindfulness.
Jedna patelnia. Druga. Trzecia.
Nalewanie. Obracanie. Odkładanie.
Jeżeli choć raz smażyliście naleśniki, to wiecie, że tutaj nie za bardzo da się rozmyślać o czymś innym.
Minuta nieuwagi — naleśnik spalony.
Za wcześnie — rwie się.
Za późno — za ciemny.
Ta czynność sama zaprasza do bycia w tu i teraz.
Po chwili złapałam się na tym, że jestem bardzo spokojna.
Jest buch gorąca.
Jest ruch dłoni.
Jest taka mała kuchenna alchemia: zamienianie płynnego w stałe,
chaosu w stertę ciepłych naleśników.
I pomyślałam sobie, że może właśnie o to chodzi.
Aby odnajdywać samego siebie nie tylko na warsztatach, podczas weekendowego wyjazdu czy w lesie, ale też między chochlą a patelnią.
Codzienność cały czas podsuwa nam małe medytacje: gotowanie, krojenie, mieszanie, składanie prania.
Takie czynności, które są powtarzalne i jednostajne sprawiają, że umysł w końcu odpuszcza i można zanurkować odrobinę głębiej w siebie.
****
A na koniec synek spojrzał na górę naleśników i powiedział:
— Mamo, mamy prawdziwą inwazję naleśników. Możemy je jeść na śniadanie, obiad i kolację.
Może z wieloma rzeczami w życiu jest podobnie.
Najpierw wydają się problemem. A kiedy przestaniemy z nimi walczyć…
okazują się dobrodziejstwem.
