Jest coś, co od dawna mnie fascynuje – zegary. Nigdy nie są dla mnie tylko przedmiotem. Każdy niesie własną historię, własną symbolikę i zaprasza do innego rodzaju refleksji.
Ten zegar zobaczyłam w domu nad morzem, w którym zatrzymaliśmy się na tydzień z rodziną. Był jedynym zegarem w całym domu. Nie odmierzał minut. Wisiał na ścianie jako piękna dekoracja, a jego wskazówki od dawna pozostawały w tym samym miejscu – na godzinie 11:14.
Dopiero kiedy wracaliśmy do domu, dotarło do mnie, jak niezwykłe było to doświadczenie. Przez cały tydzień żyliśmy w przestrzeni, w której czas przestał być najważniejszy. Dzień płynął własnym rytmem. Śniadanie mogło wydarzyć się o dowolnej porze – czasem zjadaliśmy je trzy razy, czasem zastępował je dopiero późny obiad. Zasypialiśmy i budziliśmy się bez budzika, a na spacer wychodziliśmy, gdy nogi same tego chciały.
Poczułam, że czas może mieć zupełnie inną jakość. Zamiast odliczać kolejne zadania, zaczął tworzyć przestrzeń na obecność. Zamiast odliczać kolejne zadania, zaczął tworzyć przestrzeń na obecność – na patrzenie w morze bez sprawdzania godziny.
Ten nieruchomy zegar stał się dla mnie symbolem wakacji. Przypominał, że życie ma wiele rytmów i każdy z nich jest potrzebny. Są dni pełne obowiązków, spotkań i terminów. Są też chwile, w których można pozwolić sobie na płynięcie z nurtem, na podążanie za ciekawością i przyjemnością.
Wracam z tego wyjazdu z poczuciem, że odpoczynek to coś znacznie więcej niż przerwa od pracy. To spotkanie z inną częstotliwością życia. Taką, w której głowa cichnie, oddech się wydłuża, a serce odzyskuje swój naturalny rytm.
I chyba właśnie tego życzę sobie na dłużej – żeby choć od czasu do czasu odnaleźć w codzienności własną godzinę 11:14. Moment, w którym świat zwalnia, a życie smakuje pełniej.
𝑈𝑙𝑖𝑎𝑛𝑎 𝐵𝑢𝑑𝑧𝑖𝑛́𝑠𝑘𝑎
P.S. Podejrzewam, że ten zegar działa idealnie. Po prostu odmierza wakacje zamiast minut.