Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby nasze słowa miały skrzydła.
Wyobrażam sobie, że za każdym razem, kiedy coś wypowiadamy, z naszych ust wylatuje mała żywa istota. Jedna jest lekka jak motyl, niesie ciepło i radość. Druga przypomina ptaka, który potrafi boleśnie zadziobać. Obie lecą w świat i obie zostawiają po sobie ślad.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że słowa nie są tylko dźwiękami. Niosą ze sobą miejsce, z którego zostały wypowiedziane. Możemy powiedzieć dokładnie to samo zdanie, a mimo to druga osoba usłyszy coś zupełnie innego.
Najłatwiej zauważyć to w relacjach z bliskimi. To właśnie tam odzywają się stare historie i dobrze znane sposoby chronienia siebie. Czasem odpowiadamy z lęku i próbujemy się obronić, zanim ktokolwiek zdąży nas zranić.
Są jednak i takie chwile, kiedy słowa płyną prosto z serca:
„Dziękuję.”
„Dobrze, że jesteś.”
„Widzę, ile wysiłku w to włożyłaś.”
To tylko kilka prostych zdań, a potrafią usiąść na czyimś sercu jak motyl i wywołać przyjazny uśmiech.
Od czasu do czasu lubię sobie zadać pytanie:
Co wypuszczam w świat?
𝑈𝑙𝑖𝑎𝑛𝑎 𝐵𝑢𝑑𝑧𝑖ń𝑠𝑘𝑎
P.S. Najbardziej współczuję słowu „przepraszam”. Czasami czeka pod drzwiami bardzo długo, zanim ktoś odważy się je wypuścić.