Ostatnio na Instagramie trafiłam na filmik pokazujący kulisy powstawania jakiegoś filmu. Uwielbiam takie rzeczy! Z fascynacją oglądam, jak powstają sceny, które na ekranie wyglądają tak realistycznie, że człowiek bez chwili zastanowienia daje się wciągnąć w przedstawioną historię. A potem wystarczy zajrzeć za kamerę i okazuje się, że ten monumentalny krajobraz to kawałek scenografii, przerażająca przestrzeń powstała w studiu, a aktor, który właśnie walczy o życie w samym środku katastrofy, za chwilę usiądzie na krześle, napije się wody i zacznie rozmawiać z ekipą o obiedzie.
No więc oglądam sobie taki filmik z prawdziwym zainteresowaniem, kiedy podchodzi mój starszy syn, zerka przez ramię i rzuca od niechcenia: „Mamo, to jest przecież sztuczne, zrobione przez AI”.
Aż się obruszyłam! Jak to sztuczne? Przecież widzę znajomych aktorów, kamery, ekipę filmową, dokładnie te sceny, które znam z filmu. Chyba nie oglądałeś uważnie, mówię mu, bo to przecież pokazuje, jak naprawdę kręcili te ujęcia. Syn jednak upiera się przy swoim, a ja przy swoim, więc jak to w rodzinie bywa, każdy wie lepiej, a weryfikacja przychodzi dopiero później.
Zaczęłam szukać w internecie prawdziwych materiałów z planu, tego właściwego behind the scenes, w którym widać, jak powstawały konkretne sceny. I ku mojemu zdumieniu odkryłam, że syn miał rację. Filmik, który oglądałam z takim zachwytem, wygenerowała sztuczna inteligencja.
Poczułam spore zakłopotanie, bo przecież zaglądałam za kulisy, żeby zobaczyć, jak powstaje filmowa iluzja, a sama dałam się uwieść kolejnej. 𝐂𝐡𝐜𝐢𝐚ł𝐚𝐦 𝐳𝐨𝐛𝐚𝐜𝐳𝐲𝐜́ 𝐩𝐫𝐚𝐰𝐝𝐞̨ 𝐮𝐤𝐫𝐲𝐭𝐚̨ 𝐳𝐚 𝐨𝐛𝐫𝐚𝐳𝐞𝐦, 𝐚 𝐝𝐨𝐬𝐭𝐚ł𝐚𝐦 𝐨𝐛𝐫𝐚𝐳, 𝐤𝐭𝐨́𝐫𝐲 𝐮𝐝𝐚𝐰𝐚ł 𝐩𝐫𝐚𝐰𝐝𝐞̨ 𝐮𝐤𝐫𝐲𝐭𝐚̨ 𝐳𝐚 𝐨𝐛𝐫𝐚𝐳𝐞𝐦. Za kulisami znalazłam kolejne kulisy, a za nimi historię, która wcale nie wydarzyła się tak, jak mi ją pokazano.
To odkrycie dało mi sporo do myślenia. Żyjemy w czasach, w których obraz przestał być wystarczającym dowodem. Możemy oglądać, słuchać, przeżywać emocje i być absolutnie pewni, że wiemy, co widzimy, a w rzeczywistości znać jedynie starannie zmontowaną wersję historii.
I właśnie wtedy pomyślałam o naszej ludzkiej rzeczywistości. Każdy z nas nosi w sobie opowieść o tym, kim jest, skąd się wziął i dlaczego reaguje tak, a nie inaczej.
Niektóre jej fragmenty pamiętamy bardzo wyraźnie, inne znamy z rodzinnych historii, jeszcze inne sami połączyliśmy w logiczną całość. Wiemy na przykład, że w domu brakowało pieniędzy, że tata często się złościł, a mama wymagała od nas więcej, niż potrafiliśmy wtedy udźwignąć. Z czasem rozumiemy, że w takich warunkach mogło wyrosnąć poczucie bycia gorszym, wiara, że na miłość trzeba zasłużyć, albo potrzeba nieustannego udowadniania własnej wartości. Ta opowieść ma sens i porządkuje nasze doświadczenia.
To nasze pierwsze kulisy, osobisty making of człowieka, którym jesteśmy dzisiaj. Czasem znamy go dobrze, czasem dopiero w rozmowie z terapeutą zaczynamy dostrzegać związki między przeszłością a teraźniejszością, a czasem przez całe lata jesteśmy pewni, że wiemy o sobie wszystko, co najważniejsze.
Aż przychodzi moment, w którym zaczynamy zaglądać głębiej. I tu otwiera się dla mnie fascynująca przestrzeń pracy z hipnozą. Wielokrotnie widziałam, jak pod dobrze znaną historią odsłaniały się kolejne warstwy doświadczeń, emocji, które przez lata pozostawały poza kadrem, a wciąż wpływały na to, jak żyjemy dzisiaj.
I tak sobie myślę, że może warto czasem zajrzeć za kulisy kulis własnego życia. Z łagodnością i odrobiną pokory wobec tego, jak skomplikowanym światem jesteśmy.
𝑈𝑙𝑖𝑎𝑛𝑎 𝐵𝑢𝑑𝑧𝑖𝑛́𝑠𝑘𝑎
PS. Zza kulis.
— I co, kupili tę historię?
— Wygląda na to, że tak.
— Nawet tę o kulisach za kulisami?
— Zwłaszcza tę.
— To kiedy zdradzamy, że są jeszcze trzecie?
— Spokojnie. Najpierw muszą uwierzyć, że drugie były ostatnie.