Jesteśmy właśnie w samym środku przedurlopowego zamieszania. Walizki w połowie spakowane, lista rzeczy do zrobienia zdaje się nie mieć końca, a do wyjścia zostało zaledwie kilka godzin. Biegam między pokojami, próbując dopiąć wszystko na ostatni guzik, kiedy nagle podchodzi do mnie mój synek.
Patrzy na mnie bardzo poważnie i mówi:
– Mamo… nie ma Świętego Mikołaja. To wy kupujecie prezenty.
Pomyślałam, że to naprawdę nie jest najlepszy moment na taką rozmowę. Czas gonił, głowa była pełna obowiązków. A jednocześnie poczułam, że dzieje się coś ważne. Jeszcze niedawno z ogromnym przejęciem pisał listy, zastanawiał się, czy renifery zdążą dolecieć, i nasłuchiwał dzwonków sań. A teraz stał przede mną mały człowiek, który sam zaczął składać świat w całość.
Najbardziej zaciekawiło mnie to, jak do tego doszedł.
Opowiadał o wszystkich drobiazgach, które od dawna nie dawały mu spokoju. Zastanawiał się, jak Mikołaj może być jednocześnie u dziadków i u nas. Dlaczego prezenty zawsze jakoś dziwnie pasowały do tego, o czym rozmawiał z rodzicami. Mówił, że analizował różne szczegóły i z każdym rokiem coś coraz mniej mu się zgadzało.
Ostatecznie usłyszał od kuzynki, że jej rodzice powiedzieli prawdę. I wtedy wszystkie wcześniejsze obserwacje połączyły się w jedną całość.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś zupełnie innego. Nie było w nim rozczarowania ani żalu. Była ciekawość, spokój i satysfakcja małego detektywa, który właśnie rozwiązał zagadkę.
Pytał jeszcze:
– A te wszystkie listy, które pisałem… co z nimi robiliście?
Rozmawialiśmy długo. Powiedziałam mu, że kiedy spotka młodsze dzieci, dobrze byłoby pozwolić im jeszcze przez jakiś czas wierzyć w ich własnego Świętego Mikołaja. Nie żeby podtrzymywać jakąś tajemnicę – po prostu dziecięca wiara ma w sobie coś cennego. Pozwala czekać na coś pięknego miesiącami, nie pytając o dowody.
To nie są stracone miesiące. To kawałek dzieciństwa, które potrzebuje nie tylko faktów, ale i wyobraźni.
Na zakończenie tej rozmowy mój syn przyniósł mi mały pakunek.
– Mamo, to dla ciebie pod choinkę.
Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze pięć miesięcy. Prezent jest niewielki, starannie zawinięty w papier i opleciony kolorowymi gumkami. Leży teraz i czeka na swój czas.
Patrzę na niego i myślę, że chyba właśnie tak wygląda dorastanie. Nie na tym, że przestajemy wierzyć w cuda. Tylko na tym, że pewnego dnia sami zaczynamy je tworzyć dla innych
