Czy graliście kiedyś w ganianego ping-ponga?
Ja i owszem.
Co więcej, to nie był zwykły ping-pong. To była joga z ping-pongiem, odrobina akrobatyki, trochę aerobiku i całkiem sporo tańca.
Już wyjaśniam.
Grałam z dziećmi w ping-ponga. A kiedy grają sześciolatki i siedmiolatki, które dopiero uczą się odbijać piłeczkę, okazuje się, że nie gra się przy stole. Gra się… w ganianego.
Piłeczka odbija się raz, drugi, po czym z wielkim impetem postanawia zwiedzić całe pomieszczenie. Nasze piłeczki były wyjątkowo wysportowane. Śmigały z jednego końca sali na drugi, jakby od dawna planowały ucieczkę.
Na dodatek miały niezwykle figlarny charakter. Uwielbiały chować się pod stołami, pod szafkami i we wszystkich możliwych zakamarkach. Szybko się okazało, że ping-pong to też gra w chowanego, bo co chwilę trzeba było odnajdywać kolejną małą uciekinierkę.
A kiedy piłeczka wpadała w naprawdę trudno dostępne miejsce, zaczynała się prawdziwa gimnastyka. Trzeba było się schylać, czołgać, wyginać i wyciągać rękę w sposób, o którego istnieniu moje ciało chyba wcześniej nie wiedziało.
Myślę sobie, że te piłeczki musiały mieć z nami mnóstwo frajdy.
Na co dzień czeka je przecież dość przewidywalne życie. Odbijanie z jednej strony stołu na drugą. Ping. Pong. Ping. Pong.
A tutaj nagle dostały do eksploracji ogromną przestrzeń. Zwiedzały kąty, zaglądały pod meble, odkrywały miejsca, do których nikt na co dzień nie zagląda. Niektórym udało się nawet nawiązać nowe znajomości z pająkami mieszkającymi za kredensem.
Pomyślałam wtedy, że wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej, kiedy trafiają w ręce małych ludzi. Zwykły ping-pong przestaje być tylko ping-pongiem. Staje się ganianym ping-pongiem, chowanym ping-pongiem, jogą z ping-pongiem i treningiem całego ciała.
Trzy w jednym. A właściwie nawet cztery.
Po godzinie takiej zabawy moje ciało było rozruszane, zmęczone i pełne radości.
Bardzo polecam!
𝑈𝑙𝑖𝑎𝑛𝑎 𝐵𝑢𝑑𝑧𝑖𝑛́𝑠𝑘𝑎
P.S. W regulaminie ping-ponga nigdzie nie znalazłam informacji o czołganiu się pod meblami. A szkoda. Powinien być osobny rozdział.